17.11.07 00:00 | Autor: Mariusz Famulski
Pewien młody malarz pożalił się niegdyś Matejce: "Mistrzu jak ty to robisz? Ja maluję obraz przez dwa dni, a potem przez dwa lata nie mogę go sprzedać!". Mentor zamyślił się, po czym rzekł: "Poświęć na ukończenie swego dzieła dwa lata, a sprzedasz je w dwa dni".
Cztery długie lata przyszło nam czekać aż sławetny Wiedźmin znajdzie drogę na sklepowe półki. Cztery lata spekulacji, plotek i uzasadnionej apetytem nadziei, jaki na swą prozę czytelnikom zrobił Andrzej Sapkowski - ojciec i stwórca tytułowego wiedźmina. Stąd też duża odpowiedzialność, jaką na siebie wzięła ekipa, biorąc sobie za cel przeniesienie osoby Geralta z Rivii na ekrany komputerów - żaden z czytelników nie zadowoliłby się bowiem w takim wypadku produktem innym niż co najmniej dobry. Odpowiedzialność ta była tym większa, że nie jest to pierwsza próba ożywienia prozy Sapkowskiego. Na ekran - ten kinowy - w 2001 roku "Wiedźmina" przeniósł już Pan Marek Brodzki.
Był to bardzo wyczekiwany film, bo powszechny entuzjazm i sympatia wobec zmutowanego zabójcy potworów była tak potężna, że było niemal pewne, iż film skazany jest na sukces. Choć trzeba przyznać, że osoba odtwarzająca główną rolę budziła pewne kontrowersje. Michał Żebrowski, bo o nim mowa, kojarzony był wówczas z twarzą "Pana Tadeusza" reżyserii Andrzeja Wajdy i wizerunek ten wielu fanom nie licował z postacią Geralta.
Wyzwanie - jak na owe czasy - było nader ambitne! Potężny budżet, około 25 milionów złotych i plejada aktorów obsadzonych w głównych rolach oddawały rozmach przedsięwzięcia.
I co? I okazało się, że zabrakło tego "czegoś". Nawiasem mówiąc, bardzo dużo tego czegoś brakowało. Dość powiedzieć, że film został bardzo chłodno przyjęty zarówno przez krytyków, jak i przez samych fanów. Jak rzadko, wszyscy jednogłośnie okrzyknęli film "Wiedźmin" jedną wielką katastrofą. Być może twórcy mieli nadzieję, że zakochani w prozie Sapkowskiego fani wybaczą im mniejsze lub większe niedociągnięcia i będą im w gruncie rzeczy wdzięczni za podróż do świata ich wyobraźni. Stało się jednak inaczej, wręcz przeciwnie! Fani oczekiwali filmu równie dobrego jak książka.
Z tym większym niepokojem wyczekiwaliśmy efektów pracy firmy, która wcześniej nie zabierała się za produkcję gier, ale za to świetnie radziła sobie z tłumaczeniem produktów zachodnich i dystrybucją tychże na nasz rynek. Mowa o "CD Projekt", a właściwie o "CD Projekt RED" - działowi w firmie oddelegowanego tylko do pracy nad Wiedźminem. Wprawdzie budżet robił wrażenie, bo był niewiele mniejszy od tego zebranego na zrobienie filmu (!), do współpracy zaproszono najlepszych w kraju grafików i programistów, ale... No cóż, doświadczenie nauczyło nas już, że i taki potencjał można zmarnować.
Choć pewne sygnały napływające z firmy bywały krzepiące, niepokój wciąż pozostawał żywy. Bo co z tego, że "Atari" będzie dystrybuować powstającą grę na cały świat? Przecież i światowy poziom wyczekiwanych superprodukcji nie raz ostatnimi czasy daleki był od ideału. Bardziej uspokajały wypuszczane co jakiś czas filmiki typu "making of", oraz epizody z gry. Fani wyczekiwali w końcu takiego ożywienia wiedźmina, na jakie on zasługuje. I choć wszyscy trzymaliśmy przez cały ten czas kciuki, to bywały chwile zwątpienia czy w ogóle się ukarze, gdy data premiery przesuwała się o kolejne miesiące.
Lecz oto... JEST! Stoi dumnie na sklepowej półce. Co znajdziemy w środku? Rozrywamy folię, drżącymi dłońmi dobywamy płyty i przystępujemy bo badania.
Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk.